
Fot: Materiały prokuratury
Sprawa klubu Rozi zaczęła się od zeznań Kamili G., prostytutki świadczącej usługi seksualne w „domówce”, która według prokuratury należała do sutenerskiego gangu niejakiego Patryka M., ps. „Buła”, znanego też jako „Wielki Bu”. Kobieta miała epizod w Rozi – pracowała tam od lipca do grudnia 2013 roku, przyszła z ogłoszenia. Zadzwoniła i została zaproszona na rozmowę. Usłyszała, że klient płaci 270 złotych, z czego ona miała dostawać 100 złotych. Wyliczyła, że przyjmowała około 20 klientów tygodniowo, czyli 240 klientów podczas całej pracy w agencji. Razem z nią zatrudnionych tam było około 20 prostytutek, z których każda musiała przyjmować klientów cztery dni w tygodniu. Nie mogła żadnemu odmówić, chyba że inna zgodziła się wykonać usługę. Kamila G. mówiła też, że gdy klienci płacili kartami, usługi były rozliczane jako drinki albo wynajem samochodów. Z kolei transakcje gotówkowe zapisywano w zeszytach. Przychody kontrolowali menedżerowie, którzy także rozliczali się z kobietami – za każdy dzień dostawały pieniądze w kopercie. Paragony z kasy fiskalnej i terminala, a także gotówka były zabezpieczane i gdzieś je wynoszono. Dzięki jej zeznaniom poznano szczegóły pracy w agencji towarzyskiej. Mówiła, że było tak: prostytutki, siedząc na kanapie, czekają na klienta. Gdy jakiś wchodził, wskazywał palcem dziewczynę, z którą chciałby pójść do pokoju, a wtedy wybrana prostytutka podchodziła z mężczyzną do baru. Barman ustalał detale, czy podać alkohol i na jak długo klient bierze pokój. Przed skorzystaniem z usługi klient płacił gotówką albo kartą. Wtedy dopiero dziewczyna szła z nim do pokoju. Po wszystkim wychodziła i oddawała klucz barmanowi. ***
Rozi reklamowała się jako „jeden z najbardziej ekskluzywnych klubów dla Gentlemanów na rozrywkowej mapie Trójmiasta, (…) dla mężczyzn z klasą, którzy chcą zrelaksować się lub po prostu miło spędzić czas i zapomnieć o codziennych sprawach w towarzystwie pięknych kobiet”. W rzeczywistości jednak zamiast relaksu czekały tu groźne niespodzianki. (...) Ewelina P. zeznała, że często, kiedy klient szedł z prostytutką do pokoju, aby skorzystać z usługi, już po pięciu minutach wewnętrznym telefonem dzwonili barmanka lub barman, informując, że właśnie skończyła się godzina i że trzeba zapłacić za przedłużenie czasu. „Następnie do pokoju wkraczał Robert D., który mówił, że albo klient płaci, albo wychodzi. Jeśli się stawiał, do akcji wkraczali bramkarze i wyrzucali [go] z klubu. Standardem było dopisywanie zer do rachunku oraz upijanie alkoholem klientów do stanu nieprzytomności”. A to nie było trudne, bo jak opowiedziała śledczym Angelika K., pracujące w Rozi kobiety prawie każdemu klientowi dosypywały narkotyki do drinków. „Robiło się to, żeby klienta okraść. Narkotyzowało się (…) albo upijało, poznawało PIN do jego karty płatniczej i czyściło konto. Każda z dziewczyn po wytypowaniu takiego klienta miała za zadanie przy jakiejś płatności kartą zapamiętać jego PIN” – mówiła w czasie przesłuchania. Potem kobiety przekazywały numer PIN jednemu z menedżerów, kt.ry przeprowadzał transakcje na terminalu. Jeżeli trzeba było ją potwierdzać esemesem, obsługa starała się przejąć także telefon słaniającego się lub nieprzytomnego klienta. Po wszystkim prostytutki pomagające w operacji dostawały swoją działkę
